DULOS 10 (styczeń-luty 2004), PM 1
(przyczynki-monografie)

ks. Jerzy Szymik

Jezus Chrystus jest naszą nadzieją

 

 

& 1

   „Nie bójcie się”

    (Mt 28,10)

 

 

Wstęp

Prawie czterdzieści lat temu, w konstytucji Gaudium et spes, ojcowie soborowi zapisali takie oto profetyczne zdanie: „przyszły los ludzkości spoczywa w rękach tych, którzy zdolni są przekazać przyszłym pokoleniom motywację do życia i do nadziei”1. Uczynili to w paragrafie noszącym znamienny tytuł: „Odpowiedzialność i uczestnictwo”. W świecie moich najważniejszych lektur i najcenniejszych rad, jakie kiedykolwiek otrzymałem, kwestia ta łączy się nierozdzielnie ze słynną tezą ks. profesora Janusza St. Pasierba: „Jako chrześcijanie jesteśmy odpowiedzialni za poziom nadziei w świecie”2. Nieco upraszczając i dla wyostrzenia problemu: w wielu dziedzinach rzeczywistości świat sobie bez nas, chrześcijan, poradzi, ale w dziedzinie „motywacji do życia i nadziei” jesteśmy potrzebni naszym współczesnym jak powietrze i tlen razem wzięte. I w tym sensie „przyszły los ludzkości spoczywa w rękach” chrześcijaństwa.

Dlaczego? Bo nie istnieje inny motyw „życia i nadziei” – czyli „nadziei życia” („nadziei na życie”) - jak Jezus Chrystus. Spieszę z wyjaśnieniami.

 

1. Współczesny Kontekst

Rozpocznę od nieco mrocznego opisu tła kulturowo-cywilizacyjnego. Jestem jak najdalszy od czarnowidztwa i stanowczo odradzam obrażanie się na swój czas. Ale realizm każe widzieć rzeczy jakimi są, a numery 7,8 i 9 w Ecclesia in Europa są opatrzone tytułem „Gasnąca nadzieja”, co musi zastanawiać, jeśli pamiętać, że Autor zwany jest „Świadkiem nadziei”. Jesteśmy – twierdzę więc – w sytuacji potężnego kryzysu nadziei, którego przyczyny są, rzecz jasna, na tyle złożone i skomplikowane, że wymykają się pobieżnym analizom, także – dodajmy skromnie i realistycznie – moim kompetencjom i długości tego referatu. Bez większego ryzyka popełnienia błędu można jednak powiedzieć, że głównymi odpowiedzialnymi za ten stan rzeczy są - zwłaszcza w skali Europy – dechrystianizacja (powiązana z charakterystycznymi dla nowoczesności i ponowoczesności procesami detradycjonalizacji3) oraz spadek po nieludzkich ideologiach i hekatombach XX wieku. Obie te przyczyny dadzą się teologicznie sprowadzić do jednej, a mianowicie do grzechu o gigantycznej sile rażenia. Grzech zresztą - jako odcięcie od Boga, źródła życia - jest zawsze główną przyczyną atrofii nadziei życia. One (dechrystianizacja i ocean przelanej w XX wieku krwi), czyli ostatecznie on (grzech) przynoszą (-i) to coś, co zdaje się wisieć jak trujący smog w ponowoczesnym powietrzu: poczucie wyczerpania, utraty możliwości, braku perspektyw; kasandryczno-cyniczne  zawodzenie. W sumie – rozpacz i jej niszczące skutki.

& 2

Perspektywa myślenia, w której nie ma miejsca na sens większy niż wewnątrzhistoryczny4, w której brak takich kategorii i zakresów jak „eschatologia”, „zbawienie”, „zmartwychwstanie” każe interpretować wydarzenia tak tragiczne jak trzęsienie ziemi w irańskim Bam w grudniu 2003 roku – jak przed 250. laty terramoto w Lizbonie - jako jeszcze jeden argument za tragizmem naszej ostatecznej metafizycznej samotności i stawiać pytania o wszechmoc/miłość Boga, a w gruncie rzeczy o jego „proludzkie istnienie”5 i istnienie w ogóle. Renesans fascynacji myślą Nietzschego i Ciorana, popularność dramatów Sary Kane i Nikołaja Kolady coś mówią o wyniku współczesnych zmagań nadziei z rozpaczą. Najpopularniejsza chyba w tej chwili w Polsce uczona-humanistka, o potężnym wpływie (tak naukowym, jak medialnym) na poglądy i literackie hierarchie (aktualna przewodnicząca komisji przyznającej literacką nagrodę „Nike”), prof. Maria Janion mówi w wywiadzie: „Odrzucam religię jako pocieszenie. Odwołuję się tu do Simone Weil, która mówi, że nie można tylko nieprzerwanie krzyczeć: ‘Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił’. Nie pozostaje nam nic więcej jak trwanie w naszej tragicznej kondycji. Tylko to i nic więcej. (...) Ja stawiam sobie wymóg trzeźwości, życia bez złudzenia, bez iluzji”6.

Za holocaust oskarżmy Boga, a ponieważ czekamy jedynie na Godota (czyli na nic), igrajmy z nicością. Parafrazując Miłosza: jedynie skrzek karłów nie jest zabroniony i nie budzi ironicznych uśmiechów politowania. Czy to obraz przerysowany? Zapewne tak, ale też ta i taka tonacja jest silnie obecna we współczesnej kulturze i w dzisiejszym świecie idei. I nie jest to nurt marginalny. Żeby nie być źle zrozumianym: nie ważę się nikogo z wyżej cytowanych sądzić. Nie mnie oceniać proporcje bólu i łaski, rozczarowań i niewiary, ludzkich losów i ich (nie)spełnienia. Staram się jedynie naszkicować – skrótową, siłą rzeczy, kreską – pewną wyraźną tendencję epoki: ruch w stronę „bez-bożnego heroizmu” (A. Camus: być świętym bez Boga) – otwieranie furtki dla rozpaczy. Nieprzypadkowo Bursa, Wojaczek i Stachura są w dorzeczu Wisły bohaterami dla wielu Polaków przed trzydziestką.

Ale nie brak też twórców kultury, którzy nie zamykając naiwnie oczu na pełną prawdę o condition humaine, bronią prawa do żarliwości, próbując podsycać ufność wobec bytu i życia. Oto – dla wytchnienia - wiersz, który miał swoje wielkie chwile po nowojorskiej tragedii z 11 września 2001 r. Ukazał się w tamtych dniach na pierwszej stronie New York Timesa - utwór Adama Zagajewskiego pt. Spróbuj opiewać okaleczony świat7. Ale został napisany wcześniej i dotyczy spraw, jeśli tak wolno powiedzieć, szerszych i ogólniejszych, niż tragedia World Trade Center:

 

& 3

 

„Spróbuj opiewać okaleczony świat.

pamiętaj o długich dniach czerwca

i o poziomkach, kroplach wina rosé.

O pokrzywach, które metodycznie zarastały

opuszczone domostwa wygnanych.

Musisz opiewać okaleczony świat.

Patrzyłeś na eleganckie jachty, okręty;

jeden z nich miał przed sobą długą podróż,

na inny czekała tylko słona nicość.

Widziałeś uchodźców, którzy szli donikąd,

słyszałeś oprawców, którzy radośnie śpiewali.

Powinieneś opiewać okaleczony świat.

Pamiętaj o chwilach, kiedy byliście razem

w białym pokoju i firanka poruszyła się.

Wróć myślą do koncertu, kiedy wybuchła muzyka.

jesienią zbierałeś żołędzie w parku

a liście wirowały nad bliznami ziemi.

Opiewaj okaleczony świat

i szare piórka, zgubione przez drozda,

i delikatne światło, które błądzi i znika

i powraca”.

 

Oto głos w sprawie nadziei, głos, który jest – w moim przekonaniu – głosem „ochrzczonym”, czyli utrzymującym równowagę na wąskiej grani pomiędzy rozpaczą a naiwnością. „Opiewanie okaleczonego świata”... Jasna świadomość, że świat jest kaleki i to z wielu różnych powodów, że jest „absolutnie” niedoskonały - by użyć takiego paradoksalnego wyrażenia. Ale postawą, która owej świadomości towarzyszy nie jest ani rozpacz, ani nienawiść, ani bezradność. Jest nią natomiast hymniczność, która poszerza serce i prowadzi w konsekwencji (bliskiej czy dalekiej – nie wiemy) do aktywnej miłości (aktów miłości). Człowiek („bohater liryczny”) zachowuje się tu jak psalmista, który wobec dramatu życia  wydobywa z siebie skargę i pochwałę zarazem. Opiewać okaleczony świat... Ograniczona i ułomna, ludzka tylko, ale jednak prawdziwie nadziejorodna postawa.

 

& 4

2. Ecclesia in Europa

Skąd brać do tego siły? Można zapewne wymieniać wiele przyczyn natury psychologicznej, duchowej, genetycznej, kulturowej, dla których ludzie się nie poddają i nie popełniają samobójstwa (duchowego bądź fizycznego).  Ostatecznie jednak, z teologicznej perspektywy, nadzieja ma jedno imię i jedną tylko bramą dostaje się w nasz świat. Jezus Chrystus. „Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony”, znajdzie paszę nadziei, będzie miał życie w obfitości (por. J 10,7-10).

Tak wygląda najnowsza, bo z czerwca 2003 r., argumentacja Jana Pawła II, „Świadka nadziei”8, w tej sprawie. Oto kilka najważniejszych intuicji z Ecclesia in Europa, tez dotyczących ostatecznej chrystokształtności nadziei. Zasadnicza myśl dokumentu jest pod tym względem radykalna: jeśli nadzieja jest prawdą, to jest nią Chrystus. Poza Nim jest ona iluzoryczna bądź nietrwała. Rzecz jest pisana dla Europy, czyli głównie taki jest też kontekst tezy: jeśli dla Europy istnieje nadzieja, to jest ona związana bezpośrednio z Chrystusem.

Dla ludzi naszych czasów – pisze Papież - „zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie (Europy, bo jej problemów głównie dotyczy adhortacja – przyp. J.Sz.) najbardziej chyba palącą kwestią jest wzrastająca potrzeba nadziei, która może nadać sens życiu i historii i pozwala iść razem” (nr 4). Taka jest papieska diagnoza. Zagrożenia nadziei (poczucie bezsensu, rozbicie, rozpacz) wiążą się bezpośrednio z aktualną fazą ludzkich dziejów, ale w sensie głębszym dotyczą istoty ludzkiej kondycji i jej „odwiecznych” cierni, głównie śmierci oraz jej zwiastunów i konsekwencji: bólu, cierpienia, przemijania. Ich wspólną przyczyną jest grzech, podstawowy wróg człowieka i jego nadziei. Albo grzech jednostkowy, albo ów tajemniczy, który znajduje się u podłoża pierworodnego pęknięcia bytu. Nadzieja, którą jest Chrystus, dotyczy istotnie tych właśnie węzłowych, najczulszych i zarazem najbardziej gorzkich wymiarów człowieczeństwa: „Z Tobą i w Tobie ból może stać się drogą zbawienia, życie zwycięży śmierć, a stworzenie dostąpi udziału w chwale synów Bożych” (nr 18).

W tym sensie „Kościół ma do zaoferowania Europie najcenniejsze dobro, jakiego nikt inny nie może jej dać: jest to wiara w Jezusa Chrystusa, źródło nadziei, która nie zawodzi” (nr 18). Tajemnica nadziei - zdolnej przezwyciężyć rozpacz, której może ulegać człowiek powalony nieuleczalnymi i niepojętymi w doczesnym wymiarze świata cierpieniami - czerpie swą moc „z wysoka”, z wiary w chrystologicznie uprawomocniony, ponaddoczesny epilog tajemnicy ciemności. Źródłem owej mocy jest bowiem Wskrzeszony Ukrzyżowany, Zmartwychwstały Zabity. Wywyższony, zasiadający po prawicy Ojca po wszystkie wieki. Przez to wszystko, przez śmierć i przez jej zwiastuny i konsekwencje, Chrystus „przechodzi” – dokonuje Paschy - i pokazuje, że to nie koniec. Dlatego też trzeba koniecznie „przywrócić nadziei jej pierwotny pierwiastek eschatologiczny” – „prawdziwy sens życia człowieka nie zamyka się w horyzoncie doczesności, ale otwiera się na wieczność” (nr 21).

& 5

Dzięki jedynej w swoim rodzaju uniwersalności Jezusa Chrystusa, nieistniejącej poza Nim („wyczerpuje” On bowiem to, co Boskie i to, co ludzkie), „wiara chrześcijańska stanowi jedyną wyczerpującą odpowiedź na pytania, jakie życie stawia każdemu człowiekowi i każdej społeczności” (nr 41). Dlatego też On jest „jedynym źródłem nadziei dla wszystkich” (nr 53). To bardzo ważne: jedynym – dla wszystkich. To ekskluzywizm i uniwersalizm zarazem. Radykalny ekskluzywizm dotyczy jedyności Chrystusa (tylko On); radykalny uniwersalizm – niewykluczającej nikogo powszechności daru nadziei (dla wszystkich). Heterodoksyjne idee różnej maści podkopują jeden i drugi radykalizm, twierdząc, że są też inne źródła nadziei oraz jest ona jedynie dla niektórych (wybranych). Ale prawda chrześcijańskiej wiary nie ma nic wspólnego z wykluczaniem kogokolwiek z prawa do chrystocentrycznej nadziei: „wyznajemy razem z całym Kościołem, że każdy człowiek, każda ludzka historia i każda społeczność, jest uwzględniona w tym, co w Jezusie stało się raz na zawsze i dla wszystkich”9. Nadzieja ta – dopowiada Papież – jest wolna od utopijnej ideologii (nr 120), ale potrzebuje wsparcia świadectwem ludzkiej miłości (nr 84). Ponieważ to właśnie „życie w miłości staje się radosną nowiną dla każdego człowieka, ukazuje bowiem miłość Boga, która nikogo nie opuszcza. Ostatecznie oznacza to dawać zagubionemu człowiekowi rzeczywiste powody, by nie tracił nadziei” (nr 84).

Spróbujmy dotychczasową refleksję uporządkować, rozwinąć, doprowadzić do konkluzji.

3. Kim jest? Chrystologia

Jezus Chrystus jest naszą nadzieją ze względu na to, kim jest. A jest Wcielonym Słowem Najwyższego, prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, współistotnym Ojcu i współistotnym nam. Jako taki jest Współczującą i Wszechmocną Miłością. To nie jest nagromadzenie pobożnych i wielkich słów, to twardy, teologiczny realizm: gdyby nie był wszechmocny – nie mógłby skutecznie kochać; gdyby nie był miłością – wszechmoc budziłaby jedynie lęk. Jest Ostatnim Słowem Boga. Ostatnie Słowo należy  nie do śmierci, ale do życia – powiada Bóg wskrzeszając Jezusa.

Dlatego nadzieja jest albo chrystologiczna (to znaczy oparta na Bogu, który wie, co znaczy być człowiekiem) albo jest matka głupich i nie ma jej wcale. Tak to wyraziła jedna z moich studentek: „Już kilka razy w życiu, kiedy stawałam twarzą w twarz z człowiekiem zdruzgotanym cierpieniem, zniszczonym wewnętrznie, szukającym rozpaczliwie sensu, jedynymi słowami godnymi jego bólu okazywało się tych parę najprostszych prawd znanych mi z chrystologii. Nic więcej z ‘dorobku ludzkości’”10.

 

& 10

4. Jak żył? Chrystologia a soteriologia

Jezus Chrystus jest naszą nadzieją ze względu na to jak żył. „Opiewał okaleczony świat” w jedyny, „Chrystusowy” właśnie, nadziejorodny sposób.

Na czym polega ów Chrystusowy geniusz w opiewaniu okaleczonego świata?

„Obraz świata i człowieka w nauczaniu Jezusa różni się zasadniczo od wyobrażeń powszechnie panujących w Jego (a także w naszych) czasach”11 – pisze ks. Tomasz Węcławski w eseju „Przyjdźcie, którzy wątpicie...”. Kontury tego obrazu świata dość dobrze widać w przypowieściach oraz szczególnie wyraźnie w Kazaniu na górze, w błogosławieństwach. To nie jest świat uporządkowany, w którym człowiek znajduje dla siebie miejsce mniej lub bardziej wyraźnie określone „od zewnątrz”. Jest to raczej świat, w którym - jeśli mówić o jakimś ładzie, o kluczu do jego sensu - dla Boga nie ma nic niemożliwego. Dla Boga, który pragnie takiego świata, takiego człowieka i sensu dla nich obu. Oczywiście, jak dopowiada ks. T. Węcławski, na którego myśli się opieram, nie jest to „moc kuglarska”. To znaczy taka, która zastępuje bądź usuwa prawa naszego świata. To raczej wszechmoc, która pokazuje, „jak naprawdę można i należy znosić i przyjmować ten świat”12. Wytrzymywać jego presję. „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, (...) to, co niemocne, (...) i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1 Kor 1, 27-29).

Chrystokształtność nadziei polega na tym, żeby chcieć i próbować widzieć świat w taki sposób, jak go widział Jezus. I według tego widzenia żyć – jak On żył. Dopiero wtedy jest szansa na nadzieję, którą nazywam chrystokształtną. I powiem za Węcławskim: kto nie widzi świata, siebie i innych, także swoich relacji z innymi tak, jak widzi je Bóg w Jezusie, ma w zasadzie dwa wyjścia. Jedno wyjście polega na tym, że człowiek będzie wymagał od siebie, innych i całego świata zrobienia tego, co powinno być zrobione, czyli realizacji jakiegoś mniej lub bardziej utopijnego ideału. I będzie tego wymagał twardo. Po pewnym czasie to się stanie nieludzkie. Znamy to skrzywienie, któremu z pewnością bacznie się przyglądamy i z powodu którego nieraz cierpimy w samym sercu religii, we wnętrzu Kościoła. Ta nieludzkość i twardość wiąże się z tym, że się nie widzi świata, tak jak go widzi Jezus. Ostatecznie to jest najgłębsza przyczyna tego, co nieludzkie. Chce się robić to, co ma być w naszym przekonaniu skutkiem Ewangelii, ale nie zna się drogi do prawdy, która była w Nim, jest w Nim, jest Nim. I drugie wyjście: rezygnacja z wymagań stawianych sobie, innym, światu i jakaś forma klęski: „to jest niemożliwe”. Może powinienem być sprawiedliwy, obowiązkowy, pracowity, punktualny, dobry, czysty i miłosierny, ale nigdy taki nie będę13.

& 11

Obie porażki zaowocują cierpieniem. W jednym i drugim przypadku skutkiem będzie ból zadawany innym i samemu sobie. „W jednym i drugim przypadku człowiek nie może naprawdę kochać”14. Wyjściem z tej matni, kluczem do zrozumienia, jak być, jak da się żyć, są „błogosławieństwa w trybie oznajmującym”15. To ważne i charakterystyczne. Jezus nie mówi: będziesz błogosławiony, jeśli będziesz sprawiedliwy. Nawet nie to, że powinieneś taki być, czy też że taki być możesz, ponieważ to jest twoja powinność. Ale powiada: jesteś szczęśliwy, skoro łakniesz i pragniesz sprawiedliwości. Jesteś szczęśliwy, kiedy się smucisz. Jesteś szczęśliwy, kiedy wprowadzasz pokój. To znaczy: twoje pragnienie się spełni16. Warto żyć w tak bezbronny sposób – takie życie jest szczęściem. Ono jest wóczas nie do zabicia, jest nadzieją w esencji.

Te słowa mogłyby być odczytane jako cynizm, gdyby (to bardzo ważne) Jezus nie był ich „zupełnie jednoznacznym wypełnieniem”. Jego program nie jest dlatego taki świetny, że jest „świetniejszy” od innych, ale dlatego że On sam jest identyczny ze swoim programem. Że w Nim Bóg przyszedł właśnie od tej strony, z której się Go nikt nie spodziewał. Ani od strony bezwzględnego rygoru w przestrzeganiu reguł, ani od strony upokarzającego wolne istoty laksyzmu moralnego. Przyszedł od strony Chrystusa – jako Chrystus: w propozycji najgłębszej egzystencjalnej wspólnoty z Nim, czyli na poziomie znacznie głębszym niż nasz strach i nasze (wyłącznie ludzkie) możliwości.

Oto chrystokształtność nadziei. Ona jest możliwa, jest w zasięgu nie tyle ręki, co serca. Jeżeli człowiek żyje w tak głębokim zjednoczeniu z Nim, że jako latorośl widzi świat z perspektywy winnego krzewu (J 15,1-11). Wtedy to świat jest do zniesienia i do przemienienia. W innym wypadku grozi albo rygoryzm – przemoc w świecie religii, czyli okrucieństwo z „nadprzyrodzonym” usankcjonowaniem; albo druga przepaść, która niszczy człowieka i życie – odejście od Źródła Życia. Perspektywa Chrystusowego widzenia i rozumienia życia jest postawą heroiczną i „wolną” zarazem: może się z moim życiem dziać cokolwiek, niczego – jako swojego - nie muszę ściskać w ręku. Cokolwiek się ze mną stanie, czeka mnie los Jezusa. Nic mniej. Powtórzę Jego los do samego końca. A to znaczy również do „chwili”, w której Bóg, wskrzeszając, mówi: moja Wszechmoc jest po Twojej stronie. Miłość ma rację, ostatnie słowo.

 

& 12

5. Czego uczył? Chrystologia a eschatologia

Jezus Chrystus jest naszą nadzieją ze względu na to, czego uczył. A uczył, że z Nim i w Nim spełniają się wszystkie obietnice Boga, a są one większe niż ten śmiertelny świat i pełna łez doczesność. „On będzie BOGIEM Z NIMI. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie” (Ap 21,3b-4).

W teologii chrześcijańskiej ta dziedzina refleksji nosi nazwę „eschatologia”. Od dwóch greckich słów: „ta eschata” – rzeczy ostatnie (przymiotnik „eschatos” znaczy „ostateczny”) oraz „ho logos” – słowo, mowa, nauka. Eschatologia jest więc etymologicznie i dosłownie „nauką o rzeczach ostatecznych”, czyli o śmierci i zmartwychwstaniu, o powtórnym przyjściu Chrystusa i sądzie, o niebie, czyśćcu i piekle. Ale stara nazwa „rzeczy ostateczne” wprowadza tutaj trochę zamieszania i nieco błędnej informacji. Bo eschatologia jest nauką teologiczną, czyli pierwszorzędnie mówi o Bogu („teo-logia” = „nauka o Bogu”). Mówi zaś ona o Bogu to, co jest ważne dla zbawienia człowieka, czyli jest również nauką o człowieku w jego relacji do Boga. Eschatologia więc, jeśli ma być – a powinna! – częścią autentycznie chrześcijańskiej teologii, musi być nauką nie tyle o „rzeczach”, co o Osobach. O Osobach Boskich i ludzkich, to znaczy o Bogu i człowieku, o ich prowadzącej do zbawienia świata relacji. Zasada prymatu osoby nad rzeczą jest ważna również tutaj, w eschatologii, czyli w szukaniu teologicznego uzasadnienia dla nadziei – jako ostatecznej prawdy o przyszłości człowieka i świata.

I jako taka domaga się eschatologia pilnie wielkiego come back w doktrynie i kerygmie, w ideach i życiu Kościoła. To ona stanowi rdzeń nauczania ewangelicznego – czyli „głoszącego dobrą nowinę” – nauczania Jezusa.

Bo eschatologia jest głównie teologią nadziei. Nie jest tym za co się ją czasami bierze: nie jest thrillerem z chrześcijańskimi rekwizytami w tle, ani tym bardziej horrorem, ani też melodramatem z happy endem. Nie jest również czymś w rodzaju science finction dla wierzących prostaczków. Nie jest futurologią, ani gdybologią, ani zbiorem powiastek o duchach i straszydłach. Nie jest zbiorem reportaży „stamtąd”, „z drugiej strony czasu”; nie jest datowaniem końca świata. W ogóle nie jest zręcznym maskowaniem niewiary w niepojętość Boga, czyli nie jest udawaniem, że wiemy więcej na temat naszej pozaziemskiej przyszłości niż zechciał nam objawić Bóg. Nie jest też eschatologia ani kijem („będziesz niegrzeczny – pójdziesz do piekła”), ani marchewką (będziesz grzeczny – pójdziesz do nieba”) dla dzieci małych i dużych. Nie jest ona również w żadnym wypadku głupawym optymizmem bez głębszych podstaw, czy to w wersji polskiej („jakoś to będzie”), czy lewicowo-globalnej („istnieje stały postęp i idziemy ku świetlanej przyszłości ludzkiego rodzaju”). Bo tego rodzaju optymizm z niezwykłą łatwością i historyczną regularnością zamienia się w najczarniejsze odmiany rozpaczy.

& 13

Zaś chrześcijańska eschatologia jest teologią nadziei. Nie jest „religijną odmianą złudzeń”, które prędzej czy później skruszy czas i rozwój nauki, ale teologią nadziei o fundamencie trwalszym niż doczesność i przemijanie, fundamencie osadzonym w tym, co wieczne i nadprzyrodzone. Co jest zresztą zgodne z najgłębszymi pragnieniami i intuicjami człowieka, które wynieśliśmy „z Domu” (Domu Ojca, skąd pochodzimy), a które odcisnęły na kruchej glinie naszego bytu palce Stwórcy-Miłości:


  „(...) cokolwiek robimy,

  Pragnąc, kochając, posiadając, cierpiąc,

  Jest zawsze tylko tymczasem,

  Bo musi gdzieś być inne, prawdziwe i stałe”17.

 

Ale prawdziwa i stała, wieczna i nieutracalna, nieskończenie szczęśliwa miłość nie jest osiągalna – uczy chrześcijaństwo – obok konkretu życia, czy też zamiast kruchej i śmiertelnej doczesności. To byłoby właśnie złudzeniem i fałszem, niszczącą nieprawdą, sekciarskim (np. Świadkowie Jehowy), bądź ideologicznym (marksizm) budowaniem raju na ziemi (w gruncie rzeczy jest to zawsze nie budowa raju, ale wieży Babel i domu na piasku). Byłoby też jawną bądź zakamuflowaną pogardą dla doczesności, nieskończenie obcą chrześcijaństwu, które jest „religią uziemioną” dzięki Tajemnicy Wcielenia. Więc nigdy obok i nie zamiast realiów życia – powtarza chrześcijaństwo; prawdziwa nadzieja naśladuje paschalność „ruchu chrystologicznego” i z niego się bierze – zmartwychwstaje się z krzyża. O tym właśnie mówi prawda Biblii: jej Księgi wychodzą „od codziennego doświadczenia <kruchości> życia oraz od stwierdzenia niebezpieczeństw, jakie mu zagrażają. Sprzeczności egzystencji stanowią wyzwanie dla wiary i domagają się odpowiedzi z jej strony. (...) doświadczając ułomności ludzkiej egzystencji, Jezus urzeczywistnia pełny sens życia”18.

Uchrystusowiona Wszechmocna Miłość Boga jest podstawą nadziejorodnego sensu. Tylko Ona; nic innego i nikt inny. Nadzieja albo jest darem Boga (czyli Chrystusem, „w Chrystusie”) albo nie ma jej wcale. „Bóg jest <ostatnią rzeczą> stworzenia” – pisał Hans Urs von Baltahasar w zakończeniu „Theodramatik”. „Jest On niebem jako zdobyty, piekłem jako utracony, sądem jako egzaminujący, czyśćcem jako oczyszczający. On jest Tym, w którym to co przemijające umiera i Tym, przez którego, ku któremu i w którym to co przemijające - zmartwychwstaje. Ale jest On w tym wszystkim Kimś, kto się oddał całkowicie doczesnemu światu w swoim Synu Jezusie Chrystusie, który jest widzialnością Boga i tym samym wcielonym uosobieniem <ostatniej rzeczy”19.

& 14

Bóg nie jest neutralny20. Bóg Jezusa Chrystusa jest po stronie człowieka. Stąd nadzieja: Wszechmocna Miłość jest po mojej stronie. Nie rzeczy są więc treścią eschatologii i podstawą chrześcijańskiej nadziei, ale Bóg. I to nie „jakikolwiek bóg”, ale Bóg objawiający się w Jezusie Chrystusie i przez Jezusa Chrystusa objawiony.

Stąd też chrystokształtność chrześcijańskiej nadziei i chrystocentryzm naszego myślenia o tym, co „po tamtej stronie”... Wiara jest zgodą na powtórzenie losu Chrystusa w Chrystusie, czyli w głębokiej więzi z Nim. Jest też wiara stałym oczyszczaniem naszego myślenia o przyszłości, oczyszczaniem z iluzji, które podsuwają nam nasze słabości, grzechy, cierpienia, utrapienia życia, nasza pozbawiona pełni poznania kondycja stworzeń.

 

6. Nieporozumienia i korekty. Emmanuel

Otwórzmy Ewangelię. Oto Żydzi karmią swoją nadzieję czekaniem na „mesjasza politycznego”, czyli na wysłańca Boga, który poprowadzi naród do skutecznego powstania przeciwko rzymskiemu okupantowi. To była iluzja... Nadzieja miała mieć większy zakrój i inny kształt. Chrystus okazał się być i wysłańcem Boga i samym Bogiem, a wyzwolenie które przyniósł dawało wolność najgłębszą z możliwych, przerastającą pragnienia podbitego kraju i będącą nie do spętania kajdanami jakichkolwiek gnębicieli.

Albo inna karta sporu o prawdę nadziei z ewangelicznych czasów. Oto rabini i prorocy nauczają, że rzymska niewola jest skutkiem grzechów Izraela. Nawróćcie się, a będzie wam wrócona wolność; przestaniecie być prowincją rzymską, a staniecie się Królestwem Jahwe – nauczają. Pierwsze zdania Markowej Ewangelii odwracają to wyłącznie ludzkie (choć jakże „pobożne”...) myślenie o nadziei: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” – woła Chrystus (Mk 1,15). Co znaczy: Królestwo Boże jest darem Boga ofiarowanym wam we Mnie. Wasze nawrócenie jest skutkiem przyjęcia owego daru, a nie jego przyczyną. Człowiek nie „ściąga” Boga w swój świat przez swoją świętość. Jest dokładnie odwrotnie: człowiek może być święty, bo zbliżył się do niego Bóg. Czyli: nadzieja na trwałe królowanie Boga we mnie (w nas, w świecie) nie zależy od moich ułomnych wysiłków (ich „skuteczność” jest skutkiem Łaski Bożej i owocem współpracy mojej wolności z Nią), ale od Boga. Stąd nasza pewność: budujemy na Bogu-Nadziei, a nie na złudzeniach.

& 15

Albo jeszcze inna karta tamtego sporu. Ten świat jest jedynie zły i grzeszny, poddany bez reszty władzy szatana – odzywały się na staro- i nowotestamentalnych kartach głosy „czystych”. Musi on ulec zagładzie, by na jego gruzach mógł Bóg zbudować swoje Królestwo... Królestwo Boże, czyli wasza nadzieja, jest bliżej i dalej niż myślicie – głosił Jezus. Bowiem „Królestwo Boże jest wśród was” (Łk 17,21), ale też istotą modlitewnego wołania do Ojca pozostaje prośba „Przyjdź Królestwo Twoje!” (Mt, 6,10). Bo Królestwo Boże, czyli nasza nadzieja jest „już” i „jeszcze nie” jest – jednocześnie. Już i jeszcze nie... Jeśli dziś rano, uczestnicząc w Eucharystii, spożyłem Ciało i Krew Pańską, to jestem w stanie „nadziei spełnionej” – nieba. Bóg i ja tworzymy wspólnotę kochających się osób, obejmującą siostry i braci – i niebo nie będzie niczym innym, ani niczym więcej. A więc „już”... Ale też nadal jestem podległy przemijaniu i cierpieniu, dalej rozumiem niewiele i grzeszę sporo, i nie widzę Boga „takim, jakim jest” (1 J 3,2). A więc „jeszcze nie”21...

Ale z Chrystusem, Emmanuelem, czyli „Bogiem bliskim” - już tak, już smakuję przyszłych owoców nadziei.

Z Niego siła. I pewność. Że warto rozdawać siebie, że nie trzeba kurczowo trzymać się rzeczy, że zmarszczki widziane przed chwilą w lustrze i coraz częstsze wizyty w aptece, nieuchronne zwiastuny mojej śmierci, nie są ostateczną prawdą o mojej przyszłości.

Z Niego nadzieja. Jest ona pokorna, prosta, niezawodna, serdeczna. Ma kształt Chrystusa: „Ani Pismo Święte, ani teologowie nie rzucają wystarczającego światła, by można było w pełni opisać przyszłe życie po śmierci. Chrześcijanin powinien mocno przyjąć dwa istotne punkty. Z jednej strony powinien wierzyć w zasadniczą ciągłość, jaka zachodzi dzięki mocy Ducha Świętego miedzy obecnym życiem w Chrystusie i życiem przyszłym (miłość jest prawem Królestwa Bożego i właśnie nasza miłość tu, na ziemi, będzie miarą naszego uczestnictwa w chwale Nieba). Z drugiej natomiast strony powinien dobrze zrozumieć, że istnieje wielka różnica między życiem obecnym i przyszłym, ponieważ ekonomia wiary ustąpi ekonomii pełnego światła: będziemy razem z Chrystusem i <ujrzymy Boga> (por. 1 J 3,2). Na tych obietnicach i przedziwnych misteriach opiera się w sposób istotny nasza nadzieja.

Jeśli nie może tam dotrzeć nasza wyobraźnia, to nasze serce lgnie tam spontanicznie i całkowicie”22.

 

& 16

Zakończenie

Podsumowanie rozpocznę strasznymi słowami Różewicza, które niech nam przypomną na jakim świecie żyjemy, aby nie zgasła nasza czujność wobec zbyt łatwych nieraz fraz teologicznej gładkomowy. Odbierając doktorat honoris causa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach 22 stycznia 1999 r. powiedział: „Człowiek to ssak, który może urodzić się bez miłości, żyć bez wiary i umrzeć bez nadziei”23. Ale na to słowa Arcybiskupa A. Nossola, w jakże chrześcijańskim współbrzmieniu: „Dzisiejszemu zdesakralizowanemu światu zagraża niejednokrotnie nawet widmo leku przed beznadziejnością; jak długo jednak ludzie wierzący będą w nim głosili swoją nadzieję i pracowali nad nadzieją i zbawieniem wszystkich, tak długo nie grozi nam powszechna zagłada”24

Więc modlimy się wiernie, ufając Nadziei, która jest większa niż nasz rozum i nasza wyobraźnia. Lgniemy do niej sercem całkowicie i powtarzamy za Piotrem: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,68).

Jak mawiają chrześcijanie niemieckojęzyczni, wiara w Chrystusa pomaga przejść „aus Urangst zum Urvertrauen”25 – od prastrachu do prazaufania, czyli wolność od lęku jest oryginalnie chrześcijańską postawą wobec życia i śmierci. Dobry Pasterz przyniósł owcom życie w obfitości, uwolnił je od strachu przed śmiercią. Chrześcijanin to ktoś, kto dostrzega życie w sytuacjach i miejscach, gdzie wydaje się niepodzielnie panować śmierć.

Zrobić to, co zrobiły niewiasty w wielkanocny poranek; „zbliżyły się do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon” (Mt 28, 9). Jest w tym ufność i pokora, ciepło i zachwyt, zwycięstwo bez triumfalizmu26; epilog Psałterza: spełnienie życia i nadziei ludzi prostych, biblijnych anawim, tych, którzy całą nadzieję położyli w Bogu. Do tych właśnie kobiet mówi Zmartwychwstały: „Nie bójcie się”...

Libertynizm i fundamentalizm to postawy bez przyszłości. Ironia i posępność, łatwe szyderstwo i ponury rygoryzm nie uniosą życia. Ufność ma przyszłość, bo płynie z czystego źródła: z prawdy o Bogu.

Zakończę wierszem. Powstał w lipcu 2003 roku w Santiago de Compostela, w hiszpańskiej Galicji. W sanktuarium św. Jakuba jest słynna brama, której nazwa brzmi przepysznie dla polskiego ucha: Portico de la Gloria – Portyk Chwały. Właściwie „Brama Chwały”, i taki też jest tytuł utworu, który w całości nawiązuje do początku naszych rozważań, czyli do słów „Nie bójcie się” - motta z Mateuszowej Ewangelii:

 

„Nie bój się stąd odejść.

 

Ten plac z kamienia i słońca,

ta czułość w powietrzu, paląca,

to smagnięcie wiatru. I pamięć, co uwiera i koi,

pamięć jak świeżo martwe ciało, jeszcze ciepła, gorąca -

 

– są wszystkim i niczym;

i będą ocalone, choć nie zostanie z nich kamień na kamieniu.

Nawet popiół.

 

To co ma się wydarzyć – jeszcze się wydarzy.

Będą ci dane ciemność i miłość w nadmiarze.

I świt jaśniejszy od blasku, w którym trwasz tu teraz,

 

w ten wieczór jak morela, pod bramą katedry,

przed Portykiem Chwały.

 

Czekaj.

Bądź większy od lęku.

I nie bój się odejść”.

 

 

 

 

  Ks. Jerzy Szymik

  Pszów, 16-17 stycznia 2004 r.


 


 

1 KDK 31, w: Sobór Watykański II. Konstytucje, dekrety, deklaracje. Tekst polski – nowe tłumaczenie, Poznań 2002, s. 548.

2 Por. J. Szymik, Teologia w krainie pepsi-coli, Warszawa 1999, s. 65.

3 L. Boeve, When Secularisation Turns into Detraditionalisation and Pluralisation. Faith in Search of Understanding (wykład w KUL – Lublin, 15 maja 2003 r.).

4 B. Forte, Kościół u progu trzeciego tysiąclecia, w: C. M. Martini, B. Forte, W. Kasper i in., Czas łaski. Jaka będzie przyszłość Kościoła?, Kraków 2002, s. 93.

5 T. Sławek, Czy Bóg ma serce?, „Tygodnik Powszechny”, 2004 nr 2(2844), s. 1,7.

6 M. Janion, Żyjąc tracimy życie (rozmowa: K. Bielas), Wysokie Obcasy”, 30 marca 2002 r, s. 8.

7 „Tygodnik Powszechny” 2002 nr 24, 24 marca 2002, s. 9.

8 G. Weigel, Świadek nadziei. Biografia papieża Jana Pawła II, Kraków 2000.

9 T. Węcławski, Powiedzcie prawdę, Kraków 2003, s. 89.

10 Szymik, dz. cyt., s. 60.

11 T. Węcławski, dz. cyt., s. 107.

12 Tamże, s. 108.

13 Całość wywodu i niektóre zwroty: Tamże.

14 Tamże.

15 Tamże, s. 109.

16 Tamże, s. 110.

17 Cz. Miłosz, Tłumacząc Annę Świrszczyńską na wyspie Morza Karaibskiego, Na brzegu rzeki, Kraków 1994, s. 29.

18 Jan Paweł II, Evangelium vitae, Rzym 1995, nr 31.

19 H. Urs von Balthasar, Theodramatik 4: Das Endspiel. Eschatologie, Einsiedeln 1983, s. 407n.

20 Cała twórczość ks. prof. W Hryniewicza temu „barkowi neutralności” w Bogu poswięcona. Por. zwłaszcza: Chrześcijaństwo nadziei, Kraków 2002. 21 Wiele intuicji zawartych w „eschatologicznej” części niniejszego tekstu zawdzięczam: F.-J. Nocke, Eschatologie, w: Handbuch der Dogmatik, hrsg. v. T. Schneider, Bd. 2, Duesseldorf 1992, s. 377-478.

22 Kongregacja Doktryny Wiary, List w sprawie niektórych zagadnień związanych z eschatologią (17 V 1979 r.), w: W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966-1994, Tarnów 1995, s. 129-132.

23 Szymik, dz. cyt., s. 65.

24 Tamże, s. 64.

25 M. Renz, Aus Urangst zum Urvertauen. Was schaetze ich am Christentum?, „Christ in der Gegenwart“, 52(2002) nr 15, s. 117.

26 A. Szostek, Chrześcijańskie korzenie kultury. List Rektora KUL, 1 kwietnia 2002 r. (komputeropis).